Reserva Nacional de Fauna Andina Eduardo Abaroa

Droga do Boliwi z San Pedro de Atacama nie jest łatwa. Najpierw trzeba zmierzyć się z podjazdem. Na odcinku 30km pokonuje się ponad 2km przewyższenia. Startujemy z 2440 m n.pm. Droga pnie się stromo do góry bez żadnych serpentyn. Ciężarówki ledwie posuwają się do przodu zostawiając za sobą kłęby dymu. Podjeżdżamy na dwójce, powoli, ale zdecydowanie do góry. W połowie wzniesienia stajemy na obiad. Zatrzymujemy się obok drogi z widokiem na ogromną równinę Atakamy. Dzieciaki robią samoloty z papieru a ja w lekkim stresie studzę silnik zanim go wyłączę. Temperatura jest w normie. Wymieniona w Malargue wiskoza pomaga skutecznie schładzać silnik w takich sytuacjach. Smażymy tylko steki, nie głowice!

Przejście graniczne jest na wysokości 4480m n.p.m. Strona Chile ma piękny nowy budynek, gdzie cała kontrola odbywa się wewnątrz, strona Boliwijska jest w starych budkach bez ogrzewania. Asfalt się kończy. Zniknie na kilka dni. Do Uyuni nie ma go wcale. Udaje nam się bez problemów załatwić formalności i dotrzeć do schroniska zaraz za granicą, gdzie planujemy zanocować. Temperatura jest wyraźnie niższa niż w San Pedro a po zachodzie słońca błyskawicznie spada. Dlatego decyzja o noclegu pod dachem. W nocy ma być poniżej -10C. Schronisko jest bazą wypadową dla wspinaczy planujących wyprawę na pobliski wulkan Licancabur. Nie ma ogrzewania. Podobnie jak większość domów w Boliwii. Śpimy w dwóch łóżkach – będzie cieplej! Z auta zabieramy śpiwory.

W Schronisku jest pusto. Spotykamy tylko kilku kierowców Toyot Land Cruiser, którzy rano zabiorą na pokład turystów, aby przez kilka dni wozi ich po Altiplano, aż do Uyuni, do którego mamy ponad 350km. Kierowcy są bardzo zaciekawieni naszym autem, ponieważ w Boliwii praktycznie nie ma Land Roverów. Wszystkie auta do wożenia turystów po okolicy są Japońskie. Większość Toyot, ale są też czasem Nissany. Wszystkie V8 – benzyna dla lokalesów jest tania – poniżej 2zł za litr. Paliwożerność ich aut skutkuje tylko koniecznością wożenia sporych zapasów paliwa na dachu. Po kilku rozmowach dowiadujemy się dokąd dokładnie mamy pojechać, aby zobaczyć najlepsze atrakcje okolicy. Zostajemy także zaproszeni do konwoju, ale zaproszenia nie przyjmujemy, bo nie chcemy jechać w grupie aut w pyle i z innymi turystami. Okolica faktycznie jest dzika, krajobraz księżycowy. Wysokość daje się też we znaki, choć jesteśmy dobrze zaaklimatyzowani po pobycie w Humahuace. Mało tlenu dokucza też naszemu samochodowi. Kopci, ma wyraźnie mniej mocy „z dołu” zanim włączy się turbina. Przy -10C rano odpala po dłuższym kręceniu. W końcu nie ma mu się co dziwić. On nie może przejść aklimatyzacji.

Obawialiśmy się trochę tego, że będziemy w ekstremalnych prawie warunkach jechać sami przez dłuższy dystans, ale okazało się, że na trasie jest dużo Toyot z turystami a wszyscy kierowcy są nam bardzo życzliwi i pomocni. Właśnie zaczyna się sezon dla nich. Krajobraz jest księżycowy. Surowe góry mienią się różnymi kolorami, a widoki zapierają dech w piersiach. Po drodze mijamy kolorowe laguny, doliny, formacje skalne.

Kolejnego dnia ruszamy dalej w kierunku Uyuni. Po drodze kąpiemy się w termalnych źródłach. Celowo omijamy pierwsze z nich, wyposażone w pełne zaplecze, aby dotrzeć do wersji „dzikiej”. Poza skromną przebieralnią zbudowaną z kamieni sięgających najwyżej do ramion nie ma dookoła nic. Woda jest ograniczona betonowym murem, który pozwala nam się zanurzyć w niej odpowiednio, jego krawędź jest pod wodą, więc widok z basenu jest niesamowity. Woda spada gdzieś w dół a w oddali widać pokryte śniegiem szczyty gór. Ciężko nam się ruszyć. Dobrze nam tu – woda jest w sam raz, ani za gorąca ani za zimna. Ale trzeba pruć dalej. Przed nami daleka i trudna droga z wieloma jeszcze atrakcjami.

Następny przystanek to pole gejzerów. Widok niesamowity. Kolorowa ziemia gdzieniegdzie bulgocze, wydobywają się kłęby pary. Dookoła cisza. Ruszamy dalej w kierunku kolorowej laguny – Laguna Colorada. Droga się pogarsza, tarka, tarka, tarka… Widać, że lokalesi ją omijają i wyjeżdżają kolejną drogę obok. Skutkuje to powstaniem siedmio-pasmowej szutrówki przez środek niczego. Docieramy do laguny, gdzie udaje nam się zrobić zdjęcia flamingom. Na drugim jej brzegu gotujemy obiad. Głodni i zmęczeni. Po pierwszym dniu pełnym wrażeń nocujemy w hostelu w Villa Mar. Jest to pierwsza miejscowość w Boliwii, którą spotykamy na szlaku. Widać różnicę względem Chile, czy Argentyny. Skromne chatki, brak asfaltu, inne stroje ludzi. Wszystko jest inaczej. Droga wydaje się nie mieć końca. Prędkość spada poniżej 30km/h ze względu na okropną tarkę. Udaje nam się dotrzeć jeszcze przed zmrokiem. Oglądamy film i zasypiamy w jednym łóżku – tak jest cieplej 😉

Kolejny dzień spędzamy w drodze, ale plany się zmieniają dynamicznie. Za namową lokalesów postanawiamy zaatakować Salar od innej strony. Pierwotnie chcieliśmy dotrzeć do Uyuni i stamtąd ruszyć na salar. Ale okazuje się, że jest inna opcja – najpierw zdobyć solnisko od strony zachodniej a później dotrzeć do stolicy regionu. Paliwa mamy zapas, jedzenia i gotówki też, więc postanawiamy jechać tak jak wycieczki Toyotami i nie skręcać na główną drogę.

Po drodze oglądamy Laguna Negra – piękne jezioro wśród ostrych skał, które przypomina nam o Mazurach – trzciny i kaczki są nie do oszukania. Następnie podziwiamy kolejne serie formacji skalnych i „obsępiamy” turystów z Toyoty z obiadu, przy okazji poznając parę Belgijsko-Kolumbijską podróżującą z dziećmi i zdobywamy cenne wskazówki co do planów na trasę w Kolumbii. Słuchamy drogi – to jest właśnie jedna z takich chwil, kiedy do nas mówi. Cierpliwie parkujemy nasze auto obok samych Toyot, licząc na to, że „kiedy wleci między wrony będzie krakać tak jak one”. A trzeba mu przyznać, że spisuje się super. Tarka powoduje co prawda odkręcanie się różnych jego elementów, ale na jednym z postojów wyciągam narzędzia i w porę dokręcam belki namiotu dachowego, zanim spadłby gdzieś za nami.

Ostatni przystanek to ogromny kanion z pięknym punktem widokowym, który przypomina nam trochę Bułgarię i Orlovo Oko, na którym byliśmy dwa razy. Krajobraz tylko trochę mniej zielony…
Przez piękne, odludne tereny docieramy do Villa Candelaria, gdzie nocujemy w hotelu z soli i śpimy w łóżkach zrobionych z solnych bloków wyciętych z Salar. Przy kolacji dajemy się namówić na wyjazd na wschód słońca na solnisko. Idziemy szybko spać bo pobudka o 5.00.

Autor: savik